04/
10/2014
Oceń artykuł:
1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek
ocena: 5,00 na 5 możliwych
na podstawie 1 głosujących osób.
Loading...

Vieni, Bici…Ami…. czyli początek miłości do dwóch kółek.

Jak to się zaczęło?

Rok temu postanowiłam odnaleźć Tu moje miejsce (z uwagi na wiek, rozsądek podpowiadał mi małą stabilizację☺.)

Wybór , nie do końca losowy padł na Sienę. Początki nie były łatwe, miasto – i owszem, historia- jak najbardziej, położenie- idealne, w sercu Toskanii, kuchnia-wyborna…. Wydawało się, nic prostszego, wszystkie atrybuty pod ręka, a jednak….

Będąc cudzoziemką, mimo 9 letniego związku z Włochami, najtrudniejszą materią w procesie, mojej próby małej stabilizacji w Sienie, było zrozumienie bogatej tradycji, kultury, więzi mieszkańców z historycznym Palio ( jego struktury, idee, zasady), wszechobecne ślady i kult Banku Monte dei Paschi di Siena oraz BICI.

Ze wstydem przyznaję, iż zaczęłam od krytyki, wynikającej z mojej niewiedzy, która z czasem przeradzała się w ksenofobię, aby do tego nie dopuścić- przecież jestem kobietą światową i inteligentną, stwierdziłam: Tak żyć nie można!!! Babcia zawsze mówiła: Jak chcesz żyć wśród wron, to kracz jak one. Opuszczając moja skorupkę „ignorante” rozpoczęłam na własną rękę odkrywać korzenie, tradycje Seneńczykow. Uczestnicząc w bujnym życiu kulturalnym i rozrywkowym- Jednym słowem : Postanowiłam żyć tym, czym na co dzień żyje Siena i jej mieszkańcy.
Ku mojemu zdziwieniu rok minął jak z bicza strzelił. Mamy początek października, za nami już wakacje, Palio, Kolacja Zwycięzców . Co teraz…? Dokończymy winobranie, zbierzemy oliwki i ku mojej radości pójdziemy na grzybobranie (bardzo przypomina mi się dom rodzinny i dzieciństwo). Jeżdżąc po okolicach z winnicy do winnicy , bardzo denerwowały mnie liczne grupy cyklistów. Królowie szos, jeżdżą środkiem, wyskakują z za zakrętów…. łamią zasady ruchu drogowego. Długo godziłam się z myślą, że rowerzyści w Toskanii mają nie pisane prawo pierwszeństwa, że każda Boża niedziela jest zajęta przez 2 kółka- o 5.30 rano dom postawiony na nogi- mój partner , ze swoją grupą „Bicicletta & Forchetta” (oczywiście to, co Włosi kochają najbardziej) jedzie na BICI.

Nie jestem amatorem jazdy na rowerze, nie podzielałam pasji do zjazdów i męczących podjazdów, ale przecież wściekać się co tydzień i chodzić naburmuszona cały dzień odbije się kiedyś na moim zdrowiu i urodzie (nie wspominając o związku). Weź się w garść, w końcu sport to zdrowie. Postanowiłam nie odstawać od reszty przyjaciół i zapisać się na słynną L’Eroica.(Druga nazwa po Palio najczęściej wymieniana przez Seneńczyków).

Co to takiego L’ Eroica?

Początki tego wydarzenia, były bardzo niewinne. Pod koniec lat 80-tych grupa przyjaciół postanowiła założyć Fundację, ktorej celem była ochrona i zachowanie krajobrazowych” dróg polnych” (strade bianche) Toskanii. Miłośnicy dróg nie asfaltowych, które cudownie wtapiają sie w toskańskie pagórki, w celu rozpowszechnienia swojej działalności, postanowili połączyć przyjemne z pożytecznym i zorganizowac bardzo oryginalny przejazd rowerowy. Jego trasa przebiegala przez Colline Senese, Chianti, Valdorbie, az po Valdorcie.

Już w 1997 r., podczas pierwszego przejazdu bohaterskiego, ktory liczyl tylko 82 czlonkow, reguły i cel byly jasno określone w manifeście. Aby podkreślić niepowtarzalność uroku „białych dróg Toskanii” i konieczność ich ochrony, członkowie fundacji ustalili, iż oryginalnym sposobem zwrócenia uwagi na wydarzenie, będzie, wpis w regulaminie dotyczący rowerów dopuszczonych do udziału.” Bici Eroiche” przede wszystkim musiały pochodzić z przed 1987r. i być przeznaczone do jazdy po drogach. Uczestnik L’Eroica musiał również respektować ustalenia dotyczące stroju kolarskiego, który koniecznie odpowiadać miał rodzajowi pojazdu, na którym zamierzał wystartować. (Regulamin zawierał również wiele innych wpisów: dotyczących wieku uczestników, materiału, z którego wykonany jest rower, średnicy kół, hamulców itp.) Jednym słowem miała to być impreza jedyna w swoim rodzaju, a każdy uczestnik jej bohaterem. ….

Czas pokazał, ze miłość do Toskanii i pasja do kolarstwa odniosły wielki triumf. Obecnie wolny przejazd kolarski, jakim jest L’Eroica organizowany jest tradycyjnie, co roku, w pierwszą niedzielę października. Okres idealny, pogoda w Toskanii typowo kolarska, słonce-ciepło, ale bez upałów, pejzaż barwny i zmienny na każdym wzniesieniu, cisza po gwarnym sezonie turystycznym. Z biegiem i naborem doświadczeń regulamin uczestnictwa wzbogacano o kolejne zapisy, jednak statuty pozostały niezmienne. Obecnie Impreza zaczyna się już 4 dni przed słynnym wyścigiem, którego każdy uczestnik jest zwycięzcą. Z uwagi na ilość bohaterów, zwiększająca się z roku na rok (w L’Eroica 2013 wzięło odział: 5025 kolarzy,ponad 2000 kibiców, 5000 rodzin zrzeszonych i 115 dziennikarzy/fotoreporterów) stworzono bogate zaplecze noclegowe, gastronomiczne, komunikacyjne i handlowe. W dni poprzedzające przejazd główny, zaczęto organizować wystawy, koncerty, pchle targi i spotkania ze słynnymi Bohaterami i wiele innych atrakcji. Przez 5 cudownych dni Toskania żyje duchem L’Eroica. Wiek kolarzy określono tylko poprzez minimum- 15 lat (najstarszy uczestnik miał ponad 87 lat), płeć nie gra roli, kondycja mile widziana, ale niekonieczna- Liczy się duch epoki, sportu i uszanowania natury.

Ze względu na różnorodność i kwalifikacje uczestników, wydzielono kilka tras (Wszystkie przejazdy odbywają się jednego dnia – początek o 5 rano, koniec maksymalnie o 20 wieczorem.) Gaiole in Chianti (prov. Siena) jest miejscem zbiórki, startu i mety dla wszystkich kolarzy. Tam też kontroluje się zapisy i nadaje numery z pieczątką oraz koszulki, każdemu z wcześniej zapisanych oraz sprawdza się warunki techniczne i rodzaj roweru, nie tyle jego stan co zgodność z regulaminem.

Obecnie L’Eroica podzielona została na dwa rodzaje przejazdów: długie (205 i 135km) i krótkie (75 i 38km). Oznakowanie na trasach i poszczególnych odcinkach jest bardzo dobre, oprócz znaków rozmieszczonych na stałe (typowe dla krajobrazu Sieny), organizatorzy zamieszczają dodatkowe tablice informacyjne, podają ilość przejechanych kilometrów oraz najbliższe punkty gastronomiczne i techniczne. W cenę wpisowego (w tym roku 45€ ) wliczone są wszystkie atrakcje, przewidziane podczas przejazdu oraz pełen serwis gastronomiczny. Dodam, ze warto się pomęczyć dla samych przystanków , gdzie lokalne gospody serwują nam typowe Toskańskie dania z produktów własnych, a wino leje się strumieniami….Po zakończeniu przejazdu każdy uczestnik otrzymuje Dyplom L’Eroica, którym śmiało może się pochwalić przed zawodowcami, gdyż obecnie Impreza ta jest uznawana za największy na świecie manifest rowerów epokowych, której idee i przesłanie zapożyczają wielbiciele dwóch kołek ze wszystkich kontynentów. (W tym roku przewidziano uczestników z 50 krajów, a wśród nich wiele osobistości sportu, Tv i prasy). Niezapomniane widowisko, satysfakcja opłacana krajobrazem, walizka wspomnień, butelki potu i wiele nowych przyjaźni… to jest największy skarb, z którym wraca do domu każdy Bohater….

A jak to było z moim bohaterstwem…….

Decydując się na uczestnictwo, wrodzona ambicja zmusiła mnie do odbycia kilku treningów. Z L’Eroica wyłączone są jakiekolwiek typy rowerów MTB (moutain bike), co oczywiście skomplikowało i utrudniło sprawę. Skąd rower???? Oczywiście z garażu ojca mojego partnera, który mając 75 lat i kondycję godną pozazdroszczenia, nie odpuszcza żadnej z imprez ciklistycznych. Wszystkie rowery zgromadzone na przestrzeni lat konserwuje i otacza wielkim uwielbieniem. Ciężką rzeczą było namówienie go na użyczenie mi na 2 tygodnie, któregoś z rowerów, zgodził sie po przemyśleniu tematu ,stwierdzając, że może to wydarzenie obudzi we mnie miłość do BICI i w końcu będę jak członek rodziny (co osobiście nie przyszło mi do głowy). O stan techniczny starej damki z lat 80-tych nie musiałam się martwić, jedynym problemem był brak przerzutek i dość niewygodne siodełko. Z dużą fatygą, pod nieobecność partnera w domu zmuszałam się do wyjazdu i treningów (szczerze mówiąc może sześć lub siedem razy udało mi się zrobić 10 km), ale słowo się rzekło, odwrotu już nie ma (chociaż zastanawiałam się parokrotnie czy nie rozchorować się nagle lub doznać jakiejś niedyspozycji).

Nadeszły wielkie dni, cała rodzina w euforii, przyjaciele wyciągali mnie na targi, gdzie każdy kiermasz miał swoją historię, przystając na moment przy którymś z rowerów zaraz doskakiwał do mnie właściciel i ochoczo rozpoczynał swoje opowieści. Ku mojej radości nie brakowało straganów gastronomicznych, dzięki którym wytrzymałam całodzienne oglądanie eksponowanych z dumą egzemplarzy. Spacerując miedzy tłumem ludzi trzymając w jednej ręce kubek z winem, a w drugiej Fritelle Senese podziwiałam epokowe stroje sprzedawców, pojazdy, słuchałam komentarzy turystów oraz szacunkowo co dwa metry pozdrawiałam znajomych, wybuchając ogromnym entuzjazmem na okoliczność spotkania na starcie.

Dzień L’Eroica rozpoczął się bardzo wcześnie.

Z uwagi, iż mój partner i jego tata ruszają na trasę najdłuższą, ich starty rozpoczynają się już od 6 rano (ja wybrałam przejazd najkrótszy 38 km ), pobudkę ustalono na 3 rano (dla mnie w nocy!!!). Z zaklejonymi oczyma, ledwo kojarząca fakty, udałam się w radosnej atmosferze moich kompanów do Gaiole in Chianti. Godzina 4 30 rano, pełno ludzi, morze rowerów, całe miasteczko wyglądało jak z innej epoki. Punkt kontrolny, gdzie otrzymuje się Timbro oblegany przez podnieconych uczestników, wszyscy weseli, żywi i gotowi na wyprawę. Po otrzymaniu stempla, aby nabrać sił i energii, w towarzystwie napotkanych przyjaciół udaliśmy się do gwarnego baru na śniadanie. Po czym moi towarzysze opuścili mnie, gdyż nadszedł ich wielki moment startu. Siedząc przy pysznym cappuccino, słuchając dochodzących zewsząd opowieści o minionych L’Eroica, patrzyłam jak spokojnie, bez pośpiechu, fala rowerów rozpoczyna swoją 205km przygodę. Coś niesamowitego….

Godzina mojego przejazdu wyznaczona była na 8 30 rano, do tej pory zdążyłam nawiązać wiele znajomości, nie tylko z Włochami i czułam się o wiele pewniej, wiedząc, że na trasie nie będę sama. Każdy służył radą i pomocą, solidarność i wyrozumiałość dla nowicjuszy urzekła mnie dogłębnie.

Ruszamy….. koło mnie nowo poznany Anglik ze swoim synem i dwóch Włochów na śmiesznych rowerach z dużym kołem. Start, nie przypomina w żaden sposób wyścigu, wszyscy jedziemy wolno, oglądamy sąsiadów i ich pojazdy, dyskutujemy o trasie, pogodzie. Wyjątkowo, żaden z profesjonalistów nie mówi o czasie i pospiechu. Trasa od Gaiole in Chianti do Brollo dość łatwa, pedałowałam w spacerowym tempie, komentując z Anglikiem piękne widoki Chianti. Podjazd do Castello Brollo, niełatwa górka do pokonania, trochę mnie przestraszyła, ale widząc wielu z uczestników, którzy maszerują wesoło prowadząc obok rower odetchnęłam z ulgą, oznajmiając odważnie Anglikowi, że niestety to wzniesienie przerasta moją kondycje, nie chcąc go zatrzymywać pożegnałam się i zeszłam z roweru. Jeszcze przed szczytem zapoznałam kolejnych bohaterów, którzy towarzyszyli mi w jeździe przez wzgórza miedzy Brollo a Rada di Chianti.

Jedziemy dalej, dech w piersi zapiera nie tylko obraz mijających nas cyklistów świetnie komponujących się z uroczym krajobrazem, ale również ciągle podjazdy i zjazdy. Chętnie kilkakrotnie godziłam się na przystanki, aby grzecznościowo zrobić zdjęcia jakiejś wesołej grupie.

W Rada di Chianti, przewidziano pierwszy punkt Risto. Mieszkańcy i eroicy, którzy dojechali wcześniej, witają nas serdecznie, ochoczo wręczają kubki z winem i kierują do stołów, uginających się pod ciężarem lokalnych pyszności. W przyjaznej atmosferze pijemy i jemy bez pośpiechu, idąc po kolejną porcję prosciutto i formaggi spotkałam „mojego” Anglika, razem ruszyliśmy na kolejny odcinek przejazdu. Rozmawialiśmy o życiu, sporcie, organizacji całej imprezy i niesamowitym podejściu Włochów do cyklistyki. Po drodze kulturalnie pomogliśmy starszemu panu w małym problemie technicznym jego roweru i zrobiliśmy kila cudnych zdjęć. Etap tego odcinka kończył się w Risto del Checcini-„Dario Cecchini”-słynny rzeźnik, o którym słyszał, każdy szanujący sie mieszkaniec Toskanii. ( Z duma mogłam wytłumaczyć Anglikowi, kim jest ta osobistość i z czego słynie, o czym niebawem przekonał się sam na własnym podniebieniu .) Ilość mięsiwa była imponująca, różnorodność past, chleba, lardo oraz rzeka wina przyprawiała o zawrót głowy. Mimo, że nie czułam głodu starałam się skosztować wszystkiego po trochu, byli i tacy co robili sobie kanapki na drogę. Z dodatkowymi kilkoma kilogramami ruszyliśmy dalej, zostawiając biesiadujących bohaterów przy stolach.

Kolejne wzgórza, zmienny widnokrąg, raz po raz sarenka lub myszołów, zjazdy i podjazdy, niesamowite historie nowo poznanych przyjaciół i ….. punkty risto, gdzie obowiązkowo robi się przystanki . Tym razem oprócz wina poczęstowano nas kremem z fasoli. Nie mam pojęcia skąd wzięłam silę i apetyt, aby zjeść cały talerz tego przysmaku. To chyba kwestia powietrza i atmosfery jak wytłumaczył mi Anglik. Przy słonecznej pogodzie, podnieceniu ducha krajobrazami, radosnej atmosferze i lekkim wysiłku fizycznym, trudno było rozróżnić upojenie winem od ogólnego otumanienia wywołanego przez przepych z jakim zorganizowano całe wydarzenie. Jedno było pewne, z każdym pokonywanym kilometrze jedzie się lżej, weselej i coraz szybciej. Kilku napotkanych Włochów dołączyło się do nas i próbowało nauczyć Anglika włoskiej piosenki. Śpiewająco pedałowaliśmy do przodu z satysfakcją patrząc jak Gaiole oddalając się, powoli znika nam z oczu. Trasy były świetnie oznakowane, nie było problemu z pomyleniem dróg. Słońce powoli chyli się ku zachodowi….. już minął cały dzień!!!!!! Przecież 38km można pokonać w godzinę lub dwie, ale tu dla nikogo czas się nie liczy. Wydaje się wręcz,iż uczestnicy chcą wydłużyć ten niezapomniany dzień, aby przez kilka dodatkowych chwil czuć atmosferę L’Eroica.

Na mecie, po zameldowaniu się w punkcie kontrolnym, odnalazłam mojego partnera i jego tatę i wraz z Anglikiem udaliśmy się na obfitą kolację. Niektórzy już odchodzili od stołów, inni dopiero dochodzili. Świętowanie trwa do późnej nocy. Wszyscy jesteśmy zdrowo zmęczeni, dumni i pełni satysfakcji, wymieniamy się opowieściami o przygodach, widokach, cyklistach napotkanych na trasie. Nawiązuje masę nowych przyjaźni, uświadamiam sobie czym jest więź ducha sportu i zaczynam przenikać pięknem Bici….Wracam do domu z moimi kompanami już nie jako bierny, znudzony słuchacz dyskusji o rowerach i planach na następne wyprawy, ale jako bohaterka i początkująca pasjonatka kolarstwa.

P.S.
W przyszłą niedzielę rano, wraz z przyjaciółmi też jadę na BICI ☺

The following two tabs change content below.

ewa

Wakacje w Toskanii.pl założyłam po to by połączyć moją miłość do Toskanii z pasją do promowania włoskiej kultury.

Twój komentarz

Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.